Skip to content

Zwiedzając biegiem

Byłem w … . No i w wielu innych miejscach. W niektórych byłem 2 godziny, w innych 3, w innych 2 dni. Co można zwiedzić w przerwie pomiędzy spotkaniami? Miasto? Pewnie tak. Czy można je poznać? Na pewno nie.

Niedawno odwiedziłem Kopenhagę. Może właściwsze byłoby stwierdzenie, że przeszedłem przez najważniejsze punkty Kopenhagi. “na prawo syrenka, na lewo nyhaven”. To co miało być miłym popołudniem zmieniło się w spacer na czas, żeby dotrzeć do autobusu. Ale kolejna pinezka na mapie – coś tak jak kolejna odznaka harcerska do kolekcji.

A nawet nie wiem jak wygląda metro w Kopenhadze…

Miasto we władaniu teatrów

Nie wiem jaki jest Avignon na codzień, gdy nie odbywa się tam festiwal teatrów, ale ten z teatrami jest niezywkle klimatyczny. Można powiedzieć, że miasto jest oddane we władnie mniejszych lub większych teatrów. Można od śniadania do później nocy chodzić na spektakle, podziwiać aktorów – znanych i dopiero rozpoczynających swoją przygodę. Pierwsze przedstawienia zaczynają się ok. 9.30 i tak co jakieś 30 minut aż do późnego wieczoru.

Każdy znajdzie coś dla siebie, ale w tłumie turystów i konkurencyjnych teatrów trzeba się jakoś wyróżnić. To wymaga różnych zabiegów. Niektórzy organizują pochody po mieście, inni pokazują fragment swoich możliwości na placach i skwerach. Tańczą, skaczą, śpiewają. Nie wszyscy występują pod dachem – niektórzy całymi dniami dają przedstawienia na głównych placach.

Miasto żyje – a na spektakle zapraszają rozlepione po całym mieście plakaty. Wszystkie w tej samej konwencji i podobnym stylu. Obwieszone są mury – te zabytkowe i normalne mury domów, płoty, latarnie, balustrady i wszystko inne.

Jest klimatycznie. Chociaż na ulicach jest momentami jak w programie “Mam talent”.

Festiwal teatrów w Avignonie

Fotorelacja

Wojna i pokój

Lata 90 to lata wojenne na Bałkanach. A Bośnia najbardziej oberwała i okazała się rejonem najtrudniejszym do opanowania politycznie. Do dziś na hasło Bośnia dużo ludzi odpowiada “wojna”. No i do tej Bośni wybraliśmy się.

Okazało się, że niedaleko z granicą chorwacką są dwa ciekawe miejsca, które postanowliśmy odwiedzić: Mostar i Medjugorie. Po drodze nic nie wskazywało, żeby się miało w Bośni coś wydarzyć. Straż graniczna stała jak wszędzie, drogi poprawne, jedynie w Mostarze widać ile ran i zniszczeń wojna tam wyrządziła. Do dzisiaj stoją wypalone, ostrzelane, czy też zbombardowane budynki. W centrum Mostar swoją kwaterę ma jedna z agend OBWE. Na targu, oprócz zwykłych bibelotów i stosu zbędnych rzeczy, można kupić długopis wykonany z pocisku, czy narzutę na łóżko z mapą konfliktu na Bałkanach.

Tego uczucia wojny nie ma w Medjugorie. Tam jest modlitewny spokój. Autobusy z wycieczkami z całej Europy stoją obok kościoła. Co prawda Kościół nie zatwierdził jeszcze oficjalnie Medjugorie jako sanktuarium, bo objawienia nadal trwają, co nie przeszkadza, żeby liczne pielgrzymki przybywały na miejsce.

Przez cały pobyt jednak towrzyszył nam wewnętrzny niepokój. Taki nie opisany, irracjonalny, że coś się stanie. Ale nic się nie wydarzyło. Znaczy pokój?

PS. Parę tygodniu po powrocie, wpadł mi w ręce NEWSWEEK, gdzie opisana została Bośnia jako baza Bazy (Al-Qaeda) w Europie.

Fotorelacja

W poszukiwaniu słońca

Bałkany dają gwarancję dobrej pogody… jasne. U nas padało codzinnie. Nie oznacza to, że wyjazd był nieudany. Oj wręcz przeciwnie – wyjazd był rewelacyjny. Było wiele czasu na zwiedzanie i aktywniejsze formy niż plażowanie. Czas na plażowanie też znaleźliśmy, ale na szczęscie pogoda była tak miła, że z przyjemnością siedziało się na leżaczkach.

Ale zanim pojawiło się słońce na dłużej jeździliśmy w jego poszukiwaniu – najpierw na wschód – do Cetinje i do Lovcen. Tam słońca nie było – tylko liczne chmury. Szczególnie takie deszczowe. No to może słońce będzie na południu, w Barze? Kolejne przedpołudnie nie zapowiadało słońca, ulewa była gęsta i intesywna, ale jak się skończyła to momentalnie temperaturu podskoczyła o kilka stopnii. Słońce znaleźione. Kolejny poranek również nie zapowiadał słońca, więc tym razem pojechaliśmy na północ – objechaliśmy Zatokę Kotorską – Herceg Novi i Kotor. Słońce nam towrzyszyło tylko w Herceg Novi, potem zaczęło go ubywać, aż w Kotorze zaczął padać deszczyk.

Następnego dnia poddaliśmy się – nigdzie nie jedziemy – usiedliśmy na plaży i czekaliśmy na słońce. Warto było czekać – słońce pojawiło się w pełnej krasie. UFF.

 chmury

Czerwcowa pogoda na Bałkanach

Na narty…

Postanowiliśmy nauczyć się jeździć na nartach. Lepiej to wyszło Oli, bo ona ćwiczyła przez kilka dni, ja musiałem zostać w domu. Ale zima dopisuje więc nie powinno być bardzo źle, żeby jeszcze się wybrać na narty gdzieś w pobliżu. No cóż, na Austrię lub Włochy nie ma na razie czasu i funduszy, może pod koniec tego roku. Pozostaje Wisła, Szczyrk, Ustroń etc.

A ja w sumie to nie wiem co wybrać. Narty albo snowboard? Oto jest pytanie. W sumie to chyba narty poważniejsze? A snowboard bardziej młodzieżowy? Chociaż pewnie nie ma takiej zależności. Narty mają w sobie coś z dostojności na stoku. Snowboard jest bardziej ‘cool’. No coż – powiem wam jak się już zdecyduję.

img_3139

Sposób na podróże … czyli z akordeonem przez świat

Miało być głównie o podróżach, to teraz dwa słowa o sposobie na podróże.

Paszport już nie budzi emocji i zazdrości. Żeby wyjazd wzbudzi zainteresowanie to musi być na prawdę w egzotyczne miejsce – takie jak Bora – Bora. Bo Londyn, Włochy czy Egpit są równie pospolite jak Ustka, Zakopane i Ciechocinek. Chociaż wyjazdy nie zawsze tanie, to jednak stały się łatwiej i dostępniejesze. Poza miejscem ważny jest towarzysz podróży, bo “w kupie raźniej”. Dla młodych jedną z niewielu szans na wyjazdy – nawet te dalekie są grupy zorganizowane. Tak się wydarzyło dla ludzi którzy razem z Zespołem Pieśni i Tańca Valdislavia zjechali kawałek Europy, miejsca wtedy mniej popularne, z tych lub innych powodów (wojny, zamieszki, ceny, moda). Wystarczyło zabrać strój ludowy, akordeon i wsiąść do autobusu. A potem w świat …. Serbia, Czarnogóra, Niemcy i dalej.

A po 10 latach skrzyknąć się i znowu zatańczyć, tym razem na 25 lecie. Udać się w podróż po tradycyjnych góralskich tańcach, melodiach i przyśpiewakach. A, że stara gwardia nie rdzewiej to widać było w czasie występu.

pict0092

GRATULACJE :)

Fotorelacja

Trochę się zapuściłem…

… no bo pożyczyłem szczęśliwego nowego roku i mnie tu nie było. No a w międzyczasie jednak gdzies byłem. Ba, nawet pewne zmiany się pojawiły.

Ale po kolei. Na początek tego roku udałem się do Paryża (ale otwarcie roku) – niestety sam. A szkoda bo takie miejsca są stworzone, aby być tam z kimś. Potem szybki wypad do Duisburga – miasto średnie, raczej nieatrakcyjne, ale ludzie świetni. A na Wielkanoc  – i tym razem na szczęscie już nie sam – Londyn.  A co w planach? W niedalekiej przyszłości Gdańsk – to znaczy za tydzień, a potem czas pokaże. Może w końcu uda się zrealizować mój plan, żeby wybierać się regularnie w góry? W końcu z Katowic to nie jest tak skrajnie daleko. Na a po drodze są równiez wakacje więc może też uda się coś ciekawego wymyślić. Na razie problemy z urlopami, ale może się okazać że wszystko się jakoś ułoży.

No dobrze – to teraz do dzieła w następnych postach dwa słowa o Paryżu, Londynie, a po powrocie o Gdańsku.

Noworoczne postanowienia

Jakie plany na Nowy Rok? Hmmm…. Chyba Londyn (choć jest on obarczony błędem od kilku juz lat… ) i jakieś “egzotyczne” wczasy do ustalenia (pewnie jakaś Grecja albo Egipt, choć tu nic nie jest postanowione). Ale pomysłów jak zwykle niezliczenie wiele. Pewnie będą jakieś zdjęcia i opisy z tych podróży, być może opisów będzie teraz więcej.  Nadal jestem pod wrażeniem “Podróży z Herodotem” – i tego że w podróżowaniu chodzi o przekraczanie granicy, dowolnej, w czasie, przestrzeni, mentalnej itp. A ja na razie będę transcendentalnie przekraczał “granicę” – o którą w Europie fizycznie coraz trudniej.

Oprócz tego szykuje się kilka wyjazdów mniej lub bardziej służbowych – ale gdzie, kiedy i jakich tego jeszcze nie da się określić.

 Szczęśliwego Nowego Roku 2008

Jarmark bożonarodzeniowy po niemiecku

Wróciłem z Kalrsurhe. W takich warunkach idzie podróżować, najpierw szybki skok do Frankfurtu a potem do ICE i do Karlsruhe. W sumie od wyjscia z domu do hotelu ok. 6 godzin.

Ale nie o tym. W niemieckich miastach organizowane są w tym okresie Jarmarki Bożonarodzeniowe. I jeden taki był w Karlsruhe. Co prawda region ten nie słynie ze śniegu. Można go za to znaleźć w pobliskim Czarnym Lecie (nb. dojechaliscie kiedyś w  góry tramwajem?). Ale teraz jeszcze pogoda była bardziej jesienna, niż zimowa.  Dzięki temu region ten może raczyć gości winem.  Nie wiem czy w śnieżnej scenerii ten Jarmark wyglądałby lepiej, ale i tak bardzo ciekawy zwyczaj. Dzięki temu ożywają liczne uliczki i skwery – nie wszyscy siedzą w centrum handlowym. Sprzedają stos różnorakich ozdób choinkowych, pierników etc. Ale najważniejszym elementem jest Gluhwein – czyli grzane winko. Zbiera to wiele osób, wspólnie stoją, rozmawiają, debatują.  Karlsruhe to stolica Badenii, miasto w którym nie ma zakłądów przemysłowych, ale widać bogactwo. Nieśpieszne tempo. Spokój. I w 200 tysięcznym mieście 18 tysięcy studentów.

Złota Polska Jesień

Beskidy. Jesień. Liście opadające. Feeria kolorów. Piękne krajobrazy. I cisza zbliżającej się zimy. Bardzo uroczo i kolorowo.

 pict0025

Fotorelacja

FH